Era Młodych tom II – Dwa Światy.

Rozdział 1. Okrutny bohater

Pszczoła usiada na uchu Winsa. Gilgotała go drobnymi odnóżami i skrzydełkami. Jej intensywne bzyczenie koiło go do snu. Czuł jak usypia razem z nim. Jednak coś się zmieniło. Wydobyła z siebie nerwowy dźwięk i usadowiła się w małżowinie, aż w końcu weszła do środka ucha. Wins złapał się za nie, ale było za późno. Czółenkami otarła się o błonę bębenkową. Przebiła ją. Chłopak krzyknął z bólu, a po policzku spłynęła mu krew. Pszczoła dostała się do mózgu i robiła w nim spustoszenie. Umierał. Kto mógłby przypuszczać, że jedna pszczoła jest w stanie narobić tylu szkód.

-Ekhem, przepraszam – Annabell potrząsnęła Winsa za ramię. Chłopak błyskawicznie otworzył oczy i chwycił ją mocno.

-Ała – Annabell wyszarpał dłoń.

-Pszczoły! Są tu pszczoły – wydyszał.

-Nie ma tu żadnych pszczół – Annabell spojrzała na Winsa z obrzydzeniem. – Przyśniło ci się. – Podniosła żaluzje i przetarła koszulą parapet.

-To moja ulubiona – zaprotestował Wins. – Ubieram ją do kościoła – Annabell przyglądnęła się jej i wyrzuciła ja do kosza.

-Co pani robi?

-Chłopcze, trochę szacunku do Boga. Nie jestem wierząca, ale jak on ma cię traktować poważnie skoro do jego domu przychodzisz w takim stroju.

-Domu? Jest elegancka.

-Ale stara. Domu Bożego. Zbieraj się, nie mamy czasu.

–Przyszła Pani odprowadzić mnie na pociąg? Nie przygotowałem się – ściągnął walizkę i otworzył szafę. Annabell zabrał mu bluzę, którą zaczął składać.

-Kto ci kazał się pakować. Kiedy mówiłam, żebyś się zbierał chciałam, abyś się ogarnął, a nie opróżniał półki. Idziemy na spotkanie z Ademaro.

-Nie chce się z nim spotykać. Nie możecie po prostu odwieść mnie do domu.

-Odwieść cię do domu… A to dobre. Nie rozumiesz powagi sytuacji. Ba, nawet o niej nie wiesz. Wypoczywasz sobie tutaj jak w raju, gdy na zewnątrz szaleje sztorm – Wins spojrzał najpierw na obgryziony przez mole materac, a potem na puszyste chmurki za oknem.

-Oby na pewno rozmawiamy o pogodzie? – oczy Annabell wypełniły się rozpaczą.

-Jesteś naszą ostatnią nadzieją, a nie bije od ciebie inteligencją. Jak świat ma ocaleć skoro nie ma go kto ratować. Poczekam na zewnątrz – trzasnęła drzwiami. Z sufitu kanciapy posypał się cement. Wins przemył twarz. Odbiła się w lusterku, i ledwo siebie rozpoznał. Wyglądał jakby nie spał od miesięcy. Sińce pod oczami rozlewały się niemalże na policzki. Wyciągnął ubrania wciśnięte w lukę pomiędzy ścianą, a łóżkiem i włożył je. Przeczesał włosy dłonią i wyszedł.

-Gotowy? – zapytała Annabell, spoglądając na telefon. Wins przytaknął. – Chodźmy, nie ma czasu do stracenia.

-Czy to bezpieczne? Któryś ze znajomych może mnie zobaczyć.

-Bez obaw – Annabell roześmiał się. – Chciałabym, aby tak się stało.

-Naprawę? Ja też. Bardzo. Wiem, że zawaliłem, ale może jest szansa, abym przyjeżdżał tu odwiedzać znajomych. Absolutnie, nie chodzi mi o to, aby mnie Państwo z powrotem przyjęli, ale gdybym mógł ich widywać. Są dla mnie bardzo ważni. Jak rodzina. Jeśli opuszczę SOMO nasz kontakt będzie utrudniony. Wstawiłaby się Pani za mnie u Ademaro?

-To czy się z nimi kiedyś spotkasz, będzie zależało wyłącznie od ciebie. My z Ademaro dostarczymy ci z wszelkich narzędzi, ale nie mamy zbytnio wpływu – Wins zmarszczył czoło próbując zrozumieć Annabell. Kobieta cofnęła się o dwa kroki i spojrzała na ziemię. 

-Ledwo dyszy – dotknęła butem czarno-żółty odwłok. Chłopak przymknął oczy.

-Wolałbym nie oglądać umierającej pszczoły. Mam ich dosyć na całe życie.

-To nie żadna pszczoła. To szerszeń – ciałko owada zachrypiało pod podeszwą buta Annabell.

-Zabiła go Pani – zauważył Wins.

-Musiałam. Są niebezpieczne. Zapewne on dokuczał tobie rano – Wins odwrócił się. Kanciapy nie było stąd widać. Nie było możliwe, aby to jemu zawdzięczał dzisiejszy sen. Stanęli przed budynkiem z bijącym po oczach szyldem SOMO. Setki pracowników przechodziło koło nich i trącało ich teczkami. W pośpiechu wyciągali identyfikatory i przechodzili przez bramki.

-Ósma rano. Każdy śpieszy się by zdążyć – uśmiechnęła się Annabell. Ten widok napawał ją radością. Weszli do środka i podeszli do recepcji. Annabell wskazała na Winsa i zamieniła kilka słów z kobietą, która wpuściła ich innym wejściem. Ledwo wcisnęli się do Windy, która zatrzymywała się niemal na każdym piętrze. Oddechy pracowników, szuranie butami, wyciąganie zegarków to wszystko wydawało dźwięk, który do złudzenia przypominał bzyczenie roju os. Wins spojrzał na Annabell. Miał przeczucie, że to właśnie ona mu się dzisiaj przyśniła. Ona weszła mu do ucha i wyżerała jego mózg. Wiedział już, że to co usłyszy z ust Ademaro zniszczy go. Annabell będzie na to wszystko patrzyła.

-Tutaj – powiedziała Annabell, gdy zatrzymali się na siódmym piętrze.

-Tak wcześnie. Myślałem, że idziemy do gabinetu Ademaro.

-Bo idziemy – zdziwiła się Annabell.

-Czy gabinet szefa nie powinien być na najwyższym piętrze? Tak, aby mógł patrzyć na wszystkich z góry. Każdy król mieszkał na wzgórzu.

-Nie rozumiem. Na ostatnim są HR-y. Jak Ademro miałby siedzieć z HR-ami – zaśmiała się i popatrzyła na niego jak na szaleńca. W tamtą stronę pokierowała go i przyłożyła identyfikator do drzwi, aby się otworzyły. Weszli do pomieszczenia wypełnionego setkami białych biurek. – Dzień dobry Adamie – Annabell pomachała mężczyźnie siedzącemu przy jednym z nich. – Idziesz na spotkanie?

-Witaj Annabell – Adam spojrzał w monitor. – Nie mam w kalendarzu żadnego spotkania. Powinienem dołączyć?

-Oh, Ademaro cię nie zaprosił – Annabell zrobiła smutna minę, a Adam zacisnął szczękę. – No nic, my lecimy – Weszli do gabinetu. Ademero przywitał ich z otwartymi ramionami. Odsunął Winsowi krzesło i zrobił mu herbatę. Jego uprzejmość upewniła chłopca, że ma przygotować się na najgorsze.

-Dobrze cię widzieć – rzekł Ademro. Wypocząłeś?

-Trudno wypoczywać w kanciapie. Zwłaszcza, gdy czeka się na deportację.

-Deportację – Ademaro powtórzył ostanie słowo. – Deportacja jest wtedy, gdy przymusowo przenosi się człowieka z wymarzonego miejsca, do miejsca z którego uciekł.

-SOMO jest twoim wymarzonym miejscem?

-Było, dopóki nie wiedziałem co tu robicie.

-Nie rozdrapujmy starych ran. Chciałbym ci dać drugą szansę. Bycie w nieodpowiednim miejscu jest straszne. Sam doskonale wiesz. Uwięziliśmy ciebie w kanciapie, gdy ty chciałeś być w akademii. Dlatego postanowiłem uczynić cię superbohaterem. Czyż to nie cudowne? – Annabell entuzjastycznie zaklaskała. – Uratujesz ludzi takich jak ty. Którzy są w miejscu, w którym nie chcą być.

-Dziecinada. Mam wystąpić w akcji charytatywnej. To jakiś chory pomysł działu marketingu?

-Nieee – Ademro uniósł dłoń. – Wręcz przeciwnie. Będziesz cichym superbohaterem. Twój powrót do gry utrzymamy w tajemnicy.

-Mam dość tajemnic – Wins wstał. – Nie zamierzam mieszać się w wasze gierki. Jeśli nie macie mi nic ciekawego do powiedzenia, wychodzę.

-Siadaj – Ademro zrezygnował z potulnego tonu i zamienił go na władczy. – Chcesz zobaczyć znajomych? Zależy ci na ich życiu? To siadaj i słuchaj. – Chłopak usiadł. Oczy Ademaro były przerażające, ale nie mógł oderwać od nich wzroku. Kłębiąca się w chłopcu adrenalina zmuszała go by się im dokładnie przyglądał. Ruchy Ademaro były spokojne i wyuczone, tylko w jego oczach było widać szaleństwo i nadciągające jak huragan zdenerwowanie. Kilka sekund przed tym zanim Ademro zmienił ton, zmienił się wyraz jego oczu. Jeśli więc chciał mieć przewagę nad Ademaro musiał patrzeć mu w oczy. Choć było to nad wyraz niekomfortowe. Patrzenie w oczy Ademaro, było niemal jak patrzenie w oczy śmierci. – Wirus dostał się do gry – zaczął Ademaro. – Niestety, nie przewidzieliśmy takiej sytuacji. Twoi znajomi są uwiezieni w platformie nowej generacji, która lekko mówiąc jest niedopracowana. – Ademaro rozłożył ręce i pokiwał głową na boki.

-Uwięzieni? – serce Winsa zabiło mocniej. Ademaro wyczuł to, bo uśmiechnął się do siebie. Wiedział, że go ma. Cokolwiek teraz nie zrobi, Wins i tak się zgodzi.

-Ostatnim razem, gdy w niej byłem skaleczyłem się i mam bliznę do tej pory. – Ademaro podciągnął rękaw. – Platforma jest realistyczna i nowoczesna, jednak ma wady. Urazy doznane w grze, pojawiają się na ciele.

-To ją poprawcie.

-Mieliśmy ją poprawiać, po to twoi znajomi weszli do gry, ale aktualnie przez wirus nie jest to możliwe.

-Jak mam to rozumieć?

-Mamy 21 osób uwięzionych w niedopracowanej i cholernie niebezpiecznej platformie. Nie możemy ich wyciągnąć. Rozmawiałem z informatykami i jedyna metodą, aby ich uwolnić jest przejście wszystkich gier wgranych do platformy. To trudne. Niektóre gry, z którymi połączona jest platforma są brutalne i wyłączają świadomość.

-Połączyliście platformę z brutalnymi grami wiedząc, że urazy doznane w grze przenoszą się poza nią? – Wins poczuł jak ze zdenerwowania pieką go oczy i policzki. Przetarł je.

-I co, będziesz teraz płakać? – Ademaro nachylił się nad nim i przybliżył swoją czaszkę tak blisko, ze prawie stykali się czołami. – Nie chcieliśmy od takich gier zaczynać – dodał zmiękczonym głosem jakby mówił do dziecka – Ale połączyliśmy z nimi platformę, bo mieliśmy nadzieję poprawiać ją. Sądziliśmy więc, że kiedy testerzy wejdą do najtrudniejszych gier będzie ona na tyle dopracowana, że nie będzie stanowiła zagrożenia. Ale stanowi. Przez wirus gry będą wybierane losowo, nie według stopnia trudności. Twoi znajomi są niewyszkoleni i będą umierać jeden po drugim. Zginą w grze i nigdy się z niej nie wybudzą. Dostaną urazów wewnętrznych i zewnętrznych ciała. Umrą Wins. Nazir, Marina, Anita, i cała reszta łącznie z moją córką – Wins nie potrafił wydobyć ani słowa. – Dlatego wsadzę cię do gry choćby siłą. Masz ich uratować.

-Jak mam ich wyciągnąć? To nierealne.

-Póki co, siedzą w grze, w której nie da się umrzeć. Zaczęli od grzybobrania – dodał promiennie Ademaro, a Annabell ponownie zaklaskała. – Widzisz, Annabell się cieszy, rozchmurz się. Nasi informatycy blokują możliwość przejścia gry. Wyszkolimy cię, przećwiczysz wszystkie gry, które są połączone z platformą i damy ci urządzenie, dzięki któremu staniesz się nieśmiertelny. To tak jakbyś grał na kodach. Łamał zasady. Będzie łatwiej. – Poklepał go po ramieniu. – Naszym informatyka udało się zapanować nad wirusem, ale nie udało się go wyplenić. Jesteś nowym uczestnikiem gry, więc jako jedyny będziesz mógł z niej wychodzić.

-Co to znaczy, że stanę się nieśmiertelny?

-Nie tylko nieśmiertelny, ale i super szybki, super inteligentny, po prostu super. W ich oczach. W praktyce oznacza to, że nie będziesz grał do końca fair. Dostaniesz od nas opaskę i będziesz wspierany przez naszych programistów. Będziesz niezniszczalny. Ale twoi znajomi nie. Jeden niezniszczalny i 21 owieczek czekających na śmierć. Masz tak poprowadzić stadem, aby wyszli z tego całym. Masz przeprowadzić ich przez gry.

-Błagam, powiedzcie, że to żart – Wins zajęknął, a Ademaro wydłubał bród spod paznokci.

-Wdepnęliśmy w bagno. Póki, co tylko jeden człowiek stracił życie nie pozwól, aby ofiar było więcej.

-Kto stracił życie? – Wins wstrzymał oddech.

-Mój stary dobry kompan David. Sprawca zamieszania. Nikt z uczestników – rzekł Ademaro. – Chciałeś wrócić do gry, to wracasz. Życie bywa cudowne – Ademaro wyszedł.

-Szkolenie będzie trwało miesiąc – Annabell położyła przed nim kalendarz. – Na rekrutacji do programu SOMO wchodziłeś do szklanego pomieszczenia i wyświetlała ci się obraz. Nie była to gra, a jej prototyp. W czymś takim będziesz trenował. Potem wejdziesz do gry.

-Dlaczego mam trenować skoro dostanę opaskę i będę niezniszczalny?

-Bo opaska będzie chroniła tylko ciebie. Musisz znać scenariusze gier, wiedzieć co się w nich może wydarzyć, po to aby móc chronić innych.

-Co jeśli nie dam rady? Jeśli umrą?

-Zdaje sobie sprawę jaka to odpowiedzialność, ale kogo mamy wziąć? Byłeś testerem prze ostanie pół roku. Na chwilę obecną nie mamy nikogo bardziej wyszkolonego. Ideałem nie jesteś, ale jesteś najbardziej idealnym kandydatem jakiego mamy. – Wins otarł czoło. Milczeli – Pamiętaj, że panika jest najlepszym przyjacielem chaosu. Choćby cię błagali, nie możesz im powiedzieć dlaczego muszą przejść wszystkie gry.

-Mam nie wyjawić, że są uwięzieni? Okłamywać ich? – Annabell przytaknęła. – Wtedy nie będą traktować gry na poważnie. Nie będą wiedzieli, że mogą stracić życie. Mała motywacja również jest przyjacielem śmierci – zauważył Wins.

-Umrą na pewno jeśli im powiesz. Nie zapanujesz nad nimi.

-Jeśli komuś coś się stanie, jak mam im spojrzeć w oczy? Spluną mi w twarz, gdy dowidzą się, że o wszystkim wiedziałem, a siedziałem cicho.

-Być może ktoś umrze. Ale lepiej, aby zginęła jedna czy dwie niezmotywowane osoby niż wszyscy. Można to wtedy zatuszować – łzy spłynęły Winowi po policzkach.

-Zatuszować? Dla dobra ogółu, mam zaryzykować życie jednostek. Nie będę bohaterem jak mówił Ademro. Będę mordercą.

-Nikomu nie powiemy, że wiedziałeś – Wins z całej siły pchnął biurko. Herbata stojąca na nim rozlała się na dywan.

-Nie chodzi, o to czy będę miał dobrą reputację, a o to kim jestem. Być może będę musiał patrzeć jak ktoś umiera przeze mnie. Co wtedy powiem rodzinie tego człowieka? – krzyknął Wins, a krople śliny wylądowały na policzkach Annabell. Przetarła je jedwabnym rękawem.

-Młody jesteś, i zbyt okrutny dla siebie. Nikt nie umrze przez ciebie, a przez Davida, który wpuścił wirusa do gry. Mógłbyś siedzieć w domu i oglądać seriale, jak każdy dzieciak w twoim wieku, a ty wchodzisz do platformy by ratować życia. To, że nie uda ci się uratować wszystkich i tak jest lepsze niż gdyby nie udało ci się uratować nikogo. Czy jeśli strażak wyciągnie z domu tyko część osób nazwiesz go mordercą? Zbytnia wrażliwość jest błędem. Masz prawo patrzeć na siebie jak na wybawcę, a ty wybierasz obraz złoczyńcy. Przemyśl to.

-Bohaterzy nie okłamują ludzi.

-Chyba tacy jak Spiderman, czy Batman. To postacie fikcyjne. Dorośnij. Bajki bajkami, a rzeczywistość rzeczywistością – Annabell otarła jego łzy chusteczką. – Kto wie, może jeśli będziesz dużo trenował uda ci się ocalić wszystkich. Całe 21 osób.

-Więcej niż 21, do gry weszły też roboty – zauważył Wins.

-Robotami się nie przejmuj. Są nieistotne. Nikt nie będzie po nich płakał – Annabell uśmiechnęła się, a oczy Wina zaczerwieniły się jeszcze bardziej.

* * *

Serce Falsiego zabiło, gdy odgarnęła blond loki. Wydęła usteczka, pomalowane krwiście czerwoną szminką i poprawiła sukienkę. Kelner rozmawiał z nią nieco za długo. Dawno spisał zamówienie. Gdy odszedł wyciągnęła książkę i zaczęła czytać. Wejść, czy nie wejść? Może lepiej obserwować ją z ukrycia, ale tak chciałby z nią porozmawiać. Usłyszeć jej wypełniony słońcem i kwiecistą barwą głos. Poczuć zapach subtelnych perfum, których niezmiennie używała od tylu lat. Co jej powie? Że był tu przypadkiem? To mówił tydzień temu, nawet dziecko zauważyłoby, że za dużo tych przypadków. To powie, że przyszedł w odwiedziny do wuja. Niee, to też mówił jakiś czas temu. Nie wie. W takim razie wejdzie i po prostu coś powie. Jeszcze zobaczy. Poprawił koszulę i wyprostował krawat. Wszedł do kawiarni. Jego nozdrza wypełniło wiele zapachów, zapach kawy, wypiekanych słodkich bułeczek, domowej roboty dżemu, ale najintensywniej pachniał dla niego zapach jej perfum. Odwrócił się w jej stronę. Jej widok przysłonięty był plecami kelnera, który wrócił z tacą. Postawił na stoliku filiżankę i otworzył usta by coś powiedzieć, ale usłyszał chrząknięcie Falsiego. Odwrócił się.

-Mogę w czymś pomóc? – zapytał kelner.

-Może pan dołożyć krzesło – rzekł Falsi i przechodząc obok niego niby przypadkiem szturchnął go barkiem.

-Ty tutaj? – ucieszyła się kobieta. – Chyba odwiedzasz wuja, bo załatwiasz z nim interesy, a nie jak mówiłeś stęskniłeś się za nim. Nie bywał byś tu tak często. Znam cię. Nie jesteś, aż tak rodzinny – Falsi uśmiechnął się i potwierdzająco rozłożył ręce. Był rad, że Flowi wymyśliła, za niego wymówkę.

-Tym lepiej dla mnie. Strasznie mi ciebie brakuje. Od kiedy wyjechałeś, nie jest tu tak pięknie.

-Zawsze możesz się przeprowadzić. Zapewnię ci mieszkanie u mnie w państwie. W najładniejszej miejscowości – Falsi usiadł na krześle dostawionym przez kelnera.

-Tyle razy o tym rozmawialiśmy. To małe miasteczko, to mój dom. Kocham to miejsce.

-Wiem, wiem – przyznał niechętnie Falsi. – Próbować zawsze można. Nie nudzi ci się tu?

-Nie – pokazała przez okno na drzewo. – Janek, ma dokładnie tyle lat co ty. Jesteście rówieśnikami. Wiedziałeś. Babcia mi niedawno powiedziała. W dniu, w którym się urodziłeś przyszła burza i połamała stare drzewo. Na jego miejsce zasadzili Janka – Falsi pokiwał głową. Jemu to drzewo nie kojarzyło się z wiekiem. Za to pamiętał jak czekał pod nim na Flowi, gdy umawiali się na spotkanie, bo było dokładnie w półowie drogi do jego domu i Flowi. Falsi zawsze chciał podejść pod dom Flowi, ale ona upierała się, że spotkanie pod drzewem to najlepsze rozwiązanie dla obojga. Flowi w ogóle kojarzyła mu się z czekaniem. Zawsze na nią czekał i czekać będzie.

-Co czytasz? – zapytał.

-„Ognisty poranek” Marksa Bowla. Kojarzysz?

-Literatura piękna nigdy nie leżała w kręgu moich zainteresowań – wyznał. Flowi zaśmiała się.

-Fakt, to nie jest twoja mocna strona. Za to masz wiele innych mocnych stron. Mały Falsi, który w podstawówce posikał się w majtki założył własne państwo – Falsi schował twarz w dłoniach.

-Musiałaś?

-Nasze spotkanie straciłoby na jakości, gdybyśmy nie rozmawiali o wszystkim tak jak kiedyś – Flowi omiotła jego twarz spojrzeniem.

-Zawsze mnie uspokajały, twoje oczy… Tylko osoba, która zna cię naprawdę zobaczy w nich prawdę… Takie nienaturalne.

-Ademaro twierdzi, że mnie zdradzają – wyznał Falsi.

-One cię nie zdradzają, one pozwalają odkryć prawdziwego ciebie.

-Po co mnie odkrywać? Lepiej się chować. Gdyby się nie wydało, że jestem robotem, nie doszłoby do tragedii i twoja rodzina pozwoliłaby nam być razem – Flowi złapała go za rękę.

-Nie wiń siebie. Człowiek uczy się wyrażać uczucia od pierwszego klapsa na porodówce. Płacze, krzyczy, boi się, kocha. Ciebie te wszystkie emocje uderzyły niemal z dnia na dzień. W wieku, w którym obcy ludzie oczekiwali, że będziesz potrafił sobie z nimi radzić. Twoja rodzina zaś, że nigdy nie przyjdzie ci się z nimi mierzyć. Pamiętam jak cię znalazłam nad ranem przemarzniętego i zapłakanego. Miałeś w sobie tyle bólu, złych emocji, czułeś się oszukany i skrzywdzony. Przez ponad dwa tygodnie chowałam cię u siebie w pokoju. Nie chciałeś wracać do rodziny, bo uważałeś, że jest okrutna, ale moja nie jest lepsza. Jest tylko mniej potężna.

-Tak chciałbym być normalny. Być ludzki. Nauczyłem się ludzkich emocji jako nastolatek, ale czy uczyniło mnie to bardziej wartościowym. Jestem tylko kupą metalu, która umie udawać człowieka.

-Twój brat jest człowiekiem, a nie czyni go to ludzkim – uśmiechnęła się. – Ty za to jesteś. – Pogłaskała go po dłoni.

-Kogo to obchodzi Flowi. Nikt nie liczy się z robotami. Wiesz po co to wszystko robię? Państwo, władza, wpływy… Nie dla siebie. Ja tego nie chcę. Brzydzę się tym. Ale pewnego dnia się ujawnię. Wyznam światu, że nie jestem człowiekiem. Pokażę, że roboty też są coś warte…

-Dasz nadzieję ucieleśnionym – dokończyła za niego. 

-Nie mogę na to patrzeć. To jak traktuje się ludzkie roboty… Jestem jednym z nich, tylko wyglądam inaczej. Nie jestem oznakowany. Dotknął swoich nadgarstków.

-To niezgodne z prawem – Flowi zalotnie dotknęła do stopą pod stołem. – Od dziecka już byłeś takim buntownikiem. Nasz drogi Falsi został już taki stworzony. Chciałabym powiedzieć, że łamanie zasad masz we krwi, ale powiem, że w metalu. I to nie byle jakim…tytanowym. – oblizała się jakby to było najbardziej pociągające słowo świata – Falsi zaśmiał się.

-Tytanowy to już przeżytek. Jestem kilka półek wyżej.

-Doprawdy? – spojrzała mu głęboko w oczy.

-Flowi… – zaczął. – Poznała ten błagany wzrok.

-Przyjdzie na to czas Falsi. Na razie nie mogę. Nie zobaczyłabym już nigdy rodzeństwa, gdybym się z tobą związała. Muszą dorosnąć. Jeszcze nie. Cofnęła stopę.

-To chociaż widujmy się częściej – zaproponował.

-Dobrze wiesz, że wtedy nie wytrwalibyśmy w postanowieniu. Musimy być silni. Kiedyś to się wszystko opłaci – Dotknęła go po policzku, a on pocałował jej rękę. O czym mówiliśmy? – zdekoncentrowała się – Ach tak, jak to możliwie, że w 35 wieku w żaden sposób nie jest uregulowana sprzedaż ludzkich robotów.

-Tak, Pani doktor…Są kupowane, wyrzucane na bruk, maltretowane przez swoich właścicieli. Kary dla oprawców są śmiesznie niskie. Co Pani tak patrzy Pani doktor to Pani mi opowiadała mi o sprawie, w której właściciel ludzkiego robota przez trzy lata trzymał go w zamkniętej na klucz szafie i został skazany przez sąd na prace społeczne. Sprzątał ulice. Kto by się bał takiej kary? Wyobrażasz sobie być trzymana 3 lata w szafie? Ludzie zapominają, że choć serce robotów jest metalowe, czują one tak samo jak wy.

-Jak my – poprawiła go Flowie.

-Jak wy. Nie rób ze mnie człowieka. Nie jestem nim.

-Ty nie rób z was osobnej kategorii. W twoim państwie prawo jest dobrze uregulowane. Praktycznie nie ma podziału na ludzi, a roboty.

-W moim państwie, ale w żadnym innym.

-Kiedyś to się skończy. A wtedy…a wtedy… – Flowi rozproszyła się. To nie oczy zdradzały Falsiego, a jego cały wygląd. Zwykły człowiek nie mógł być tak piękny. Zakradnijmy się do stodoły Miśkiwicza – zaproponowała.

-On tam dalej mieszka?

-Mieszka i jest jeszcze bardziej głuchy niż kiedyś.

-Nie żebym protestował, ale to wbrew twoim zasadą.

-Ustaliliśmy już, że łamanie zasad masz w metalu. Jakoś to wyrównamy. Najwyżej nie spotkamy się dłużej niż planowaliśmy.

Zdjęcie: Photo by Boris Smokrovic on Unsplash