Era Młodych tom II – Dwa Światy.

Rozdział 2. Uwięzieni w grzybobraniu

Rozległo się pukanie do drzwi.

-Proszę wchodzić – krzyknął mężczyzna. Do pomieszczenia wszedł chłopiec z nietęgą miną i bandażem na kolanach.

-Boli? – zapytał mężczyzna. Chłopiec nie odpowiedział.

-Przewróciłeś się? – chłopiec dalej milczał.

-Musisz ze mną rozmawiać – uśmiechnął się mężczyzna. Tak będzie łatwiej. Inaczej nie będę wiedział jak się czujesz, a po to tu jestem – odczekał chwilę. No dobrze. Dzisiaj masz milczący dzień. Ja jak milczę, to przeważnie dlatego, że coś mnie trapi. Ciebie też coś trapi? – chłopiec pokręcił głową. – Nic cię nie trapi? Nic, a nic? – chłopiec ponownie pokręcił głową.

-Taka odpowiedź by mnie cieszyła, gdybym nie podejrzewał, że coś ukrywasz. Rozmawialiśmy o tym, że możesz mi wszystko powiedzieć. Myślę, że nigdy cię nie zawiodłem na tym polu. Więc Wins, co się stało z twoim kolanem.

-Nie pamiętam – spuścił głowę.

-Nie pamiętasz? Rozumiem. Może jednak sobie coś przypomnisz – milczał. Rozmawiałem z twoją opiekunką, Laurą. Czy nie było przypadkiem tak, że sam poprosiłeś o bandaż i od tygodnia sam bandażujesz sobie kolana mimo braku ran? – policzki chłopca poczerwieniały. Wins dlaczego?

-Nie podobają mi się.

-Nie podobają ci się twoje kolana? A cóż jest złego w tym biednych kolanach? – chłopiec wzruszył ramionami próbując uciec od odpowiedzi.

-Yhhmn – zachęcił go mężczyzna.

-Jest zbyt podobne do kolana Trudsa – mężczyzna przytaknął dając chłopcowi do zrozumienia, że w pełni ciekawi go co mówi.

-Kim jest Truds? – spytał.

-Postacią z komiksu. Jest zabójcą. Zabił dziesiątki ludzi.

-No tak. Teraz sobie przypominam, że był ktoś taki. Wybacz mi, starzejącemu się już głupcowi.

-I twoje kolana wydawały ci się podobne do jego, tak?

-Tak – ponownie przytaknął.

-Co jest złego w tym, że twoje kolana przypominają czyjeś kolana. Każdy z nas kogoś przypomina. Ty masz kolano po swoim dziadku, ja mam nos po swoim. Mój nos przypomina więc nos mojego dziadka, ale i być może nos innego człowieka. Być może nawet jakiegoś złoczyńcy. Nie krzywdzę jednak swojego nosa, nie chowam go przed światem. Mój nos mnie nie definiuje. To tylko nos. Jestem przekonany, że ktoś o wielkim sercu żyjący gdzieś na tym świcie ma nos podobny do mojego. Ta samo jestem przekonany, że twoje kolana przypominają nie tylko kolana Trudas, ale i jakiś dobrych ludzi.

-Niby jakich?

-Nie wiem Wins, jeśli chcesz możesz poszukać. Możesz szukać grafiki w internecie wszystkich ludzi, których uważasz za dobrych i porównywać swoje kolana z ich. Na pewnego kiedyś kogoś znajdziesz. Tylko czy to ma sens Wins? Czy chcesz poświecić swoje życie by porównywać swoje kolana z czyimiś? Czy jeśli znajdziesz w końcu tą grafikę to poczujesz się lepiej?  

-Tylko, że jak chciałbym być dobry. Nie jak Trudus.

-To mój drogi świetna nowina. Ludzi idealnych nie ma. To, że chcesz nad sobą pracować, dla mnie brzmi już świetnie. Twoje kolana Wins to bardzo dobre kolana. Dzięki nim chodzisz. Mogą prowadzić cię po ścieżce, z której będziesz dumny, lub takiej której będziesz się wstydził. Ty wybierasz. One są tylko narzędziem – Mężczyzna wyciągnął z szuflady nożyczki. – Zbliż się. Zdejmiemy je. – Chłopiec przysunął się wraz z krzesłem, a mężczyzna przeciął bandaże.

Marina przeskoczyła na kolejny kamień i ścięła potężnego grzyba.

-Uważaj Anita, tamten to muchomor. Tylko wygląda tak niepozornie – krzyknęła do przyjaciółki.

-Mnie uczono jak byłam dzieckiem, że muchomor jest czerwony i ma białe kropki – oburzyła się Anita. – Ten nie ma! Tu jest tyle odmian grzybów, że trudno je spamiętać. Chyba tysiące.

-Ja z kolei pamiętam już chyba każdy. Mam wrażenie, że siedzimy w tej grze od tygodnia.

-Albo i więcej – przyznała Anita i położyła swój koszyczek na trawie. Marina włożyła swojego grzyba do koszyczka i podeszła do Anity.

-Jak nie będziesz chodziła po wyznaczonej ścieżce zaatakują cię mrówki – Marina wskazała na kamienie.

-Trudno, chodzę od tygodnia w kółko tą samą ścieżką i zbieram grzyby. Mam dość – Anita usiadła, a Marina kucnęła koło niej.

–Dlaczego jeszcze nie przeszłyśmy grzybobrania? – spytała sama siebie Marina. – Ktoś z nas na pewno dobrze sobie radzi. Nikt z nas się nie wybudził. To gra dla dzieciaków, nie powinna być trudna.

-Trzeba to będzie zgłosić Dimitrijowi. Nie tylko nikt z nas jej nie przeszedł, ale nie powiększają nam się punkty. Za tego grzyba dostałam zero punktów. Tak jakby gra się zacięła.

-Tego tutaj? – Marina zaglądnęła do koszyczka koleżanki. – To muchomor.

-Oh, naprawdę. Znowu – Anita jęknęła, a Marina zaśmiała się. -To w takim razie powinno mi jakieś punkty odjąć.

-Każdy z nas ma zero – powiedziała Marina. – Może nie można mieć ujemnych. Dzieci mogłyby płakać jakby kończyły z ujemną ilością punktów.

-Ja będę płakać jak zaraz nie będę mieć dodatnich? – Anita pomasowała swoją łydkę.

-Matko, co to z bąble? – Marina spojrzała na łydkę koleżanki.

-Musiałam wejść w pokrzywę. Nie boli. Tylko wygląda odrażająco. Za krzaków wyłoniła się mrówka wielkości psa. Anita wstała i zerwała z drzewa jabłko. Ugryzła je, a świeży sok spłynął jej po policzku.

-Zje ci grzyby – Marina ostrzegła Anitę.

-I tak nie zbieram za nie żadnych punktów. Niech je – mrówka podeszła do koszyczka Anity i porwała go.

-Wzięła ci nie tylko grzyby ale i koszyczek – rzekła Marina. – Już jej nie dogonimy. Gdzie będziesz chowała grzyby?

-Póki co do twojego – powiedziała Anita. – Później pójdę do mrowiska błagać królową, aby mi go oddała.

-To takie proste? – zdziwiła się Marina.

-Proste nie jest – zaprzeczyła Anita – ale mam wprawę. Byłam już dwa razy. Raz z Blaisem, a raz z jednostką VG5. Trzeba się kajać przed mrówkami, które grożą ci, że następnym razem cię zjedzą, ale koniec końców oddają.

-VG5. To straszne nazywać się jak numer – Marina skrzywiła się, a Anita wzruszyła ramionami. – Trzeba nadać ludzkim robotom imiona.

-To jak chcesz ich nazwać? – spytała Anita.

–Przerobić ich numery na imię i nazwisko. VG5 nazwiemy Vincent Garret.

-Trzeba jeszcze zapytać ich o zdanie – stwierdziła Anita.

-Po co ich pytać? Przecież tu o oczywiste, że trzeba zmienić ich nazwę – naciskała Marina.

-Chcesz im dać wolość, jednocześnie nie dając im wolności. Trzeba ich spytać, czy chcą pozostać przy swoich obecnych nazwach.

-W takim razie spytajmy – Marina pociągnęła Anitę za rękę i skierowały się w głąb lasu. Minęły jaskinię z niedźwiedziami, które machały im przyjaźnie i przeszły przez rzekę.

-Tutaj mrówki są bardziej agresywne od niedźwiedzi – zauważyła Anita. – Gry dla dzieci to inna kategoria.

-Kategoria kłamstwa – uśmiechnęła się Marina. – Weszły do namiotu, i dołączyły do zajadających się zupą robotów.

-Wy jecie? – Marina zapytała chłopaka z blond czupryną.

-Różnie, większość z nas nie musi. Bywa jednak, że jemy, aby ludzie czuli się przy nas bardziej komfortowo. Zależy jak jesteśmy zbudowani.

-Ja muszę – odwrócił się jeden z robotów. Nie jestem na prąd, ani paliwo. Jestem bio-robotem – rzekł z dumą. – Tak jak wy muszę jeść.

-Ale tyjecie?

-To raczej niemożliwe – zaśmaił się chłopak.

-Zazdroszczę – rzekła  Marina.

-Grzybowa?! – Anita zaglądnęła chłopakowi do miski.

-Są jeszcze podsmażane grzyby z cebulką, jako dodatek do chleba jak wolisz – powiedział VG5.

-Błagam, nie wcisnę w siebie ani jednego grzyba więcej. Zjem sam chleb – Anita przekroiła bułkę na pół i wbiła w nią zęby.

-Udało wam się zebrać wysoko punktowane grzyby?  – spytał VG5.

-Anita zebrała dużo, ale mrówki ukradły jej koszyczek.

-Znowu? Są wyjątkowo szybkie. Jak się nie pilnuje koszyczka to od razu go zabiorą.

-Nawet go nie pilnowałam – Anita strzepnęła okruszki z bluzki. – Zebrałam dziś wiele grzybów, a moja punktacja stoi w miejscu. Nie wiem co robimy źle. Skoro Dimitrij nas nie wyciąga, to znaczy, że nie testujemy gry dobrze. Może skupiamy się na zbieraniu grzybów, a umykają nam szczegóły. Dziś w nocy zamiast spać powinniśmy pospacerować po lesie.

-Czego chcesz szukać? – zapytał VG5.

-Czegokolwiek co pozwoli nam przejść do kolejnego poziomu.

-Anita ma rację. Musimy być beznadziejni skoro tak długo nas trzymają – przyznała Marina. – Mogę cię o coś zapytać? – Marina zwróciła się do chłopaka. Kiwnął głową. – Lubisz jak się do ciebie mówi VG5?

-Czy lubię jak się do mnie mówi po imieniu? – zdziwił się.

-Raczej nazwie, nie imieniu. Nie wolałbyś mieć nieco bardziej pospolite imię jak na przykład Vincent.

-To ludzkie imię. Ludzkie imiona są zarezerwowane dla ludzi lub ludzkich robotów, których właściciel wyrazi na to zgodę.

-Nie pytałam co jest legalne, a co byś wolał – wytłumaczyła Marina. – Vincent Garret V brzmi ładniej niż VG5, prawda?

-Brzmi jakbym był z rodziny królewskiej przez tę piątkę na końcu. Daleko mi do króla – zawstydził się.

-Myślę, że ci pasuje. Mogę tak do ciebie mówić? – spytała Marina.

-A przepisy? – mój właściciel nie zezwolił.

-Kto jest twoim właścicielem?

–Firma SOMO.

-W grze nie masz właściciela. Jesteś bezpański. Gdy wchodzisz do gry sam odpowiadasz za siebie – namawiała go Marina.

-Ademaro nie będzie zadowolony. Każe mnie zdezaktywizować.

-Co to oznacza? – choć głos Mariny był spokojny, policzki zaczerwieniały jej ze złości.

-To kara za nieposłuszeństwo. Wyłącza nas na jakiś czas. Gdy uruchamia nas z powrotem jesteśmy tak oszołomieni aktualizacjami, że nie mamy sił być mu nieposłuszni. To tak jakbyś była chora. Osłabiona osoba stawia mniejszy opór.

-Straszne – powiedziała Anita.

-Są gorsze rzeczy, które robi się robotą. U Ademaro nie mamy tak źle.

-On wam tak mówi? Że nie macie z nim źle? – spytała Marina. – Chłopak spojrzał na nią. – Brzmi to jak manipulacja. Próbuje wmówić wam, że to co robi nie jest złe.

-Dla biznesmenów liczy się tylko kasa. Nie liczą się z nikim i niczym. Mimo to myślałam, że ma więcej oleju w głowie – Anita ugryzła kolejny kęs bułki.

-Niechaj Wins się dowie, co wyprawia jego ideał – Marina strzeliła palcami.

-Nic by to nie dało. Jest zaślepiony – Anita ułamała kawałek kromki. – Znalazłby milion wytłumaczeń na jego zachowanie. Nie wiem, co by się musiało wydażyć, żeby spojrzał na niego krytycznie.

-Traktujecie siebie jak rodzinę? – Marina wskazała na pozostałe roboty. Nie macie mamy i taty, a uczucia macie takie jak ludzie, więc zastanawiałam się kogo traktujecie jak rodzinę. Kogoś musicie.

-Rzeczywiście jesteśmy ze sobą blisko. Jednak dla siebie jak rodzeństwo. Nie mamy rodziców.

-Przynajmniej nikt wam nie mówi co macie robić – pocieszyła go Marina, po czym klepnęła się w czoło rozumiejąc swój błąd.

-Wręcz przeciwnie – rzekł Vincent. – Właściciele wiecznie mówią nam co mamy robić. Zakazy i nakazy wypełniają nasze życie każdego dnia.

-No tak, przepraszam – Marina przytuliła go. – Macie do bani – dodała i wstała by coś zjeść. Nalała sobie zupy i dosiadła się z powrotem.

-Myślałeś kiedyś o tym, co by było gdybyś uciekł z SOMO. Snułeś plany o byciu wolnym? – Vincent uśmiechnął się gorzko.

-Kto z nas nie snuł, ale szybko by nas złapali.

-Jak można uczynić was wolnym? – dociekała.

-Teoretycznie nie można. Każdy robot musi mieć właściciela. Tak stanowi prawo. Tylko w państwie Falsiego, roboty są jednostkami wolnymi. Tam zakazany jest handel ludzkimi robotami, każdy z nich funkcjonuje samodzielnie.

-A w praktyce? – Marina włożyła miskę między nogi i palcami przebijała wydostającą się z niej parę czekając, aż zupa ostygnie.

-W praktyce, właściciel robota, choć jest jego właścicielem i ma prawo rządzić robotem, decyduje się puścić go wolnym.

-Czyli urzędników nie interesuje, czy ktoś wami zarządza – rzekła Marina. – Jedynie czy macie wpisanego prawnego właściciela w dokumentach?

-Dokładnie – przyznał Vincent.  – Jeśli właściciel uzna, że mamy wolną rękę, to mamy wolną rękę.

-Słyszałam o fundacjach na rzecz ludzkich robotów – wtrąciła Anita.

-Pomagają wam? – spytała Marina.

-Zależy jak na to spojrzeć – zaczął Vincent. – Fundacje wykupują roboty, stają się naszymi właścicielami i dają nam wolność. Dla pojedynczej jednostki jest to wybawienie, ale nie rozwiązuje problemu ogółu. Cały czas powstają nowe roboty, które są kupowane, nieraz przez tych samych właścicieli, którym roboty odebrano.

-Nie nadzorują tego w żaden sposób? – zdziwiła się Marina.

-Tylko naprawdę brutalne osoby dostają zakaz nabywania nas.

-Co to znaczy, że ktoś był dla was brutalny? Że was uderzył? – spytała Marina.

-Uderzenie, nie jest wcale tak dużym przewinieniem – powiedział Vincent. – Oczywiście, gdyby jakiś robot zgłosił się do urzędu, wysłali by upomnienie do właściciela ale na tym koniec.

-Brzmi jak najszybsza droga do kłopotów – zauważyła Anita.

-Bo nią jest. Właściciel na pewno nie złagodnieje przez jedno upomnienie. Zazwyczaj rozwściecza ich, że jakiś robot miał czelność się na nich poskarżyć. Wtedy to utrudnia życie o wiele bardziej.

-Ademaro cię kiedyś uderzył? – spytała Marina.

-To osobiste pytania – upomniała ją Anita.

-Przemoc to istotny problem, warto o nim rozmawiać. Chcę pomóc – broniła się Marina.

-Nie można źle mówić na właściciela – zaśmiał się wymijająco. – Może nas jakoś słyszy. Nowa platforma, nowe możliwości – Marina przygryzła smętnie wargę znając już odpowiedź na to pytanie. – Pogłaskała VG5 po plecach.  

-Co z tym prawem? Jak bardzo trzeba przegiąć, aby odebrali komuś prawa?

-Bardzo – rzekł nieco speszony miłymi gestami dziewczyny. – Nie jest to uregulowane. Każdy przykład jest rozpatrywany osobno przez sąd.

– Niektórym się udaje. Nazir ma robota Danę. Opowiada o niej niekiedy. Widać, że ją kocha.

-Kocha… – powtórzył Vincent. – Mój kolega, o tamten – Vincent wskazał na chłopaka o śniadej cerze – zapytał swojego właściciela, czy ten go kocha. Odpowiedział mu, że nie można kochać rzeczy. Rzeczą można cię co najwyżej cieszyć.

-Smutne. On nie jest własnością Ademaro? Sądziłam, że wszyscy jesteście z SOMO.

-Przez SOMO zostaliśmy wyprodukowani. Część z nas nie poszła na sprzedaż, na przykład ja. Mam defekt – Vincent pokazał wgniecenie na przedramieniu. Blachy się krzywo połączyły. H67 został sprzedany, ale po roku zwrócony na reklamacji.

-Z jakich powodów? – spytała Anita.

-Nie wiem o co chodziło. Nie mówił. Przeżył to. Porzucili go jak śmiecia – Marina spojrzała w oczy Vincenta. Wiedział dlaczego zareklamowano jego kolegę. Najzwyczajniej nie chciał o tym mówić.

-Kolejny z numerem. Henry brzmi lepiej – zauważyła Marina. Anita przytaknęła.

-Zastanawiałyście się co byście chciały robić w przyszłości? Po akademii SOMO macie tyle możliwości – Vincent zmienił temat.

-Kiedyś chciałam latać – wyznała Marina. – Jednak to marzenie powoli się odsuwa. Nie latałam w domu. Nie latam tu. Zamiast tego tkwię w grzybobraniu. Lubię gry. Nie narzekam, choć mogło to tak zabrzmieć. Jednak mam świadomość, że powinnam być w innym miejscu.

-Ja chce być projektantką ubrań – rzekła Anita. – Jeśli się nie uda, a szanse są marne, będę się sugerowała pieniędzmi. Pójdę tam, gdzie najlepiej płacą. A ty Vincent?

-Zostanę w SOMO.

-Musisz? – upewniła się Marina. Vincent pokiwał głową. – Podczas rozmowy z tobą, można się zapomnieć, że jesteś robotem – dodała. – Jesteś taki ludzki. Mogę ci zadać osobiste pytanie?

-Zadałaś ich wiele. Jedno więcej nie zrobi mi różnicy – uśmiechnął się, a Marina odwzajemniła uśmiech.  

-Skoro już mówimy o miłości, to roboty kochają tak samo jak ludzie? – spytała.

-Trudno powiedzieć, reakcje naszych mózgów są takie same. Więc raczej tak. Nigdy nie dowiem się jak kocha człowiek, bo nim nie jestem. Mogę przypuszczać, że niemal identycznie. Odtwarzamy te same uczucia, hormony.

-Byłeś kiedyś zakochany? – zapytała Marina.

-Nie – zaśmiał się. – Mam nadzieję, że się kiedyś zakocham, ale to nie dzieje się na zawołanie.

-Jest tu kilka ciekawych damskich wersji robotów. Może akurat się uda – zauważyła Anita, która ożywił się kiedy zaczęli temat związków.

-Może – odparł Vincent i rozglądnął się. – Miłość to jednak wielka zagadka. Nigdy nie wiesz kiedy cię trafi i kto będzie twoim obiektem pożądania – Anita odwróciła się i spojrzała na Nixa, który siedział w towarzystwie kilku dziewczyn.

-Prawda – przyznała. – Obyś dobrze trafił. Bo inaczej pożałujesz, że jesteś podobny do ludzi. Ludzkie emocje są do bani.

-A wy kiedyś byłyście? – spytał Vincent.

-Bo to raz – Anita machnęła ręką, odpędzając od siebie te wspomnienia.

-A ty Marina? – Vincent spojrzał na nią wyczekująco.

-Tu pojawia się problem. Marina lubi zadawać pytania, ale o sobie nie jest skora opowiadać, co Marina? – Anita szturchnęła ją.

-Lub jesteś? – dodał Vincent czując, że jego pytanie jest w punkt. 

-Zapomnij – rzekła do niego Anita, dając do zrozumienia, że na marne liczy na odpowiedź. – Te usta mają kłódkę – dodała i zaglądnęła do miski przyjaciółki, by sprawdzić ile jej zostało.

-Jak skończymy jeść trzeba będzie się wybrać po mój koszyczek. Czas zebrać te grzyby i zakończyć tą grę – stwierdziła.

Zdjęcie: Photo by Jr Korpa on Unsplash